.RU

Pokazać piekło w niebie to nie lada wyczyn - старонка 7

Marę Imbrium tłukły o brzeg, Morze Deszczów jak zwykle demonstrowało swój wieczny gniew. Wściekłe bałwany unosiły pieniste karki, gotowe w każdej chwili pochłonąć krążące wrzaskliwymi stadami harpie. Wiatr gonił po niebie poszarpane chmury. Mroczny widok miał w sobie dziwne, dzikie piękno, które zachwycało Daimona zawsze, ilekroć bawił na Księżycu. Tłumiąc westchnienie, niechętnie odwrócił się od wysokiego okna.

Przy stole, gdzie siedzieli pozostali aniołowie, panowała niemiła cisza.

— Świetnie to wygląda, panowie skrzydlaci — wycedził w końcu Lampka. — Dlaczego nie zawiadomiliście nas wcześniej?

— Nie sądziliśmy, że zajdzie potrzeba — powiedział Gabriel twardo.

Spotkali się na Księżycu, bo Pan Objawień był jego formalnym władcą i miał tu rozległe dominia.

— Wpadliście w niezłe gówno, przyjaciele — zaśmiał się Asmodeusz. — Nie bardzo sobie radzicie, gdy brakuje Szefa, co? Kradną wam przedmiot o strategicznym znaczeniu, a wy potraficie tylko popłakiwać i smarkać w rękaw.

Daimon posłał mu nieładny uśmiech.

— I tak nie mamy szans dorównać Głębi. U nas nikt notorycznie nie okrada państwowych transportów. Powiesiliście Erzazela, wyrąbaliście jego rodzinę, ale zdaje się, że nie dalej jak wczoraj znów was obrobili aż miło. Bardzo to smutne, Luciu, ale chyba niedługo będziesz musiał zaciągnąć dług hipoteczny pod zastaw Pałacu Pięści.

— Co on tu robi? — warknął Lucyfer, wskazując Daimona głową.

— Uczestniczy w naradzie — burknął Gabriel.

— Więc wie?

Frey wyszczerzył zęby.

— Ano wie.

— No, pięknie! Niedługo roztrąbisz zniknięcie Jasności na całe Królestwo!

— Sariel zginął, wzięliśmy Freya na jego miejsce. Zresztą, sam się domyślił. Na litość Pańską, Lampka, on jest Aniołem Zagłady! Kto inny ma wiedzieć?

— Nie mów do mnie Lampka!

— A jak mam mówić?! Jaśnie Oświecony Nosicielu Światła?

— Na szczebelki drabiny Jakubowej! Nie przyszliśmy się tu wykłócać, panowie! — wrzasnął milczący dotąd Razjel.

Lucyfer i Gabriel umilkli, patrząc na siebie spode łbów.

— Zawsze tu tak nerwowo? — mruknął Daimon, sięgając po szklankę z winem.

— To atmosfera wzajemnego zaufania — rzekł Pan Tajemnic cierpko.

— Jak w rodzinie. — Zgniły Chłopiec wykonał szyderczy ukłon.

— Skąd wiecie o Erzazelu? — burknął Lampka.

— Wywiad doniósł — wyjaśnił uprzejmie Razjel. — Sądząc z tego, że wydajecie się zaskoczeni naszą sytuacją, wasz przeżywa chyba zapaść.

Gabriel przejechał dłonią po czole. — I kto tu prowokuje kłótnie?

— Wybaczcie, to była niewinna uwaga.

— Dobrze, że się ta pieprzona Księga znalazła. Nam też jakoś nie odpowiada wizja Wszechświata rozwalonego na kawałki przez szaleńca, który dorwał się do magicznego zeszytu. — Lampka westchnął.

— Zaklęcia z Księgi dają takie możliwości? — zagadnął Daimon.

Razjel potarł policzek.

— Teoretycznie, chociaż do zaklęć tej mocy trzeba dużej wiedzy i umiejętności.

— A Teratel nią nie dysponuje?

— Z tego co wiem, nie.

— No, dobra. To zwiększa nasze szansę.

— Chcecie wysłać komando Szeol? — Asmodeusz zmrużył fiołkowe oczy.

— Tak — potwierdził Gabriel. — Są najlepsi.

— Wobec tego mamy warunek. Wyślemy z nimi Harab Serapel.

Archaniołowie spojrzeli po sobie. Daimon z trzaskiem odstawił szklankę.

— Idiotyczny pomysł. Oni się nienawidzą. Walczą ze sobą od wieków.

— Są żołnierzami — powiedział Lucyfer. — Dostosują się do rozkazów.

— Sensownych rozkazów.

— Dlaczego upieracie się ich wysłać? — Gabriel nerwowo bawił się pierścieniem.

Lampka wzruszył ramionami.

— Chcemy mieć pewność, że nic nie zostanie spieprzone.

Ochrypły głos Freya zabrzmiał grobowo:

— Lampka, zastanów się. To nie ma prawa się udać. Wysyłasz na jedną akcję dwa oddziały komandosów, które od momentu powstania świata zabijają się na wszelkie możliwe sposoby. Zabawa skończy się rzeźnią.

— Kruki pójdą- warknął twardo Lucyfer. — Nie zamierzam zmieniać zdania. Albo przystajecie na warunki, albo koniec współpracy.

Gabriel nabrał głęboko powietrza.

— Dobrze. Zgadzam się na Kruki.

Daimon przymknął powieki. Na Jasność, co za farsa, pomyślał.

— W porządku. Za trzy dni spotykamy się na ziemiach Głębi, żeby ustalić warunki. — Pan Otchłani wstał.

Kiedy Mroczni wyszli, w komnacie zapanowała ponura cisza. Gabriel, zmieszany ciężkim spojrzeniem Anioła Zagłady, bezradnie rozłożył ręce.

— Musiałem się zgodzić. Potrzebujemy ich. Frey skinął głową.

— Przecież rozumiem. Chcesz, żebym został?

— Nie musisz.

Daimon przeciągnął się, aż zatrzeszczały stawy.

— Będę w domu. Co z tamtą szczeliną, pamiętasz?

— Zamyka się.

— To dobrze.

— Daimonie?

Tańczący na Zgliszczach spojrzał pytająco.

— Odpocznij trochę. Kiepsko wyglądasz.

— Ty nie lepiej.

Gabriel się uśmiechnął.

— Co robić? Polityka.

***

Jednak Daimon, mimo zmęczenia, nie był w stanie zasnąć, ani zająć się jakąkolwiek rozrywką. Odkąd wrócił do Królestwa, męczący niepokój, który odczuwał w Sferach Poza Czasem, jeszcze się nasilił. Anioł Zagłady obijał się po pałacu, błądząc jak ćma po pokojach.

Lampka zwariował, myślał ponuro. Harab Serapel, Kruki Śmierci, stanowili doborowy oddział zabójców z Głębi. Nosili się na czarno ze srebrem, uważali za wybrańców Mroku, okrucieństwem i pogardą śmierci wzbudzając niechęć nawet wśród wojsk Otchłani. Wewnątrz formacji stosowali ścisły podział na kasty oraz, jak twierdziły plotki, krwawe rytuały inicjacyjne. Dowódcą Harab Serapel był Baal Chanan, ponury, milczący wojownik zwany Jednookim Krukiem, ponieważ stracił w bitwie prawe oko. Oprócz tego na skutek odniesionych ran utracił władzę w lewym ramieniu, a z jednego skrzydła pozostał mu tylko kikut.

Daimon, gdy należał jeszcze do Rycerzy Miecza, spotkał się kilka razy w walce z Krukami i wiedział, że są piekielnie trudnymi przeciwnikami. Świetnie wyszkoleni, fanatyczni i dumni, woleli śmierć niż odwrót czy niewolę, więc niejednokrotnie miecze najlepszych rycerzy Jasności i synów Mroku piły wzajem krew swoich panów.

Idąc z duchem czasu, Kruki z formacji rycerskiej przekształcili się w oddział specjalny i zaczęli używać magicznej broni palnej, zachowując jednak dawne tradycje.

Najcięższe walki toczyło z nimi komando Szeol, elitarna jednostka w szeregach Zastępów. Nienawiść panująca między Szeolitami i Krukami stała się wręcz przysłowiowa. Komandosi Królestwa, zwani też Synami Gehenny, nauczyli się brać krwawy odwet za okrucieństwo Harab Serapel. Marny los czekał Głębianina, który wpadł w ręce Szeolitów z tatuażem lub emblematem Kruków — czarnym ptaszyskiem siedzącym na trupiej czaszce. Z drugiej strony Baal Chanan wyznaczył specjalną nagrodę za dziesięć plakietek z odznaką komanda Szeol — uskrzydlonym mieczem wbitym między litery SG, Synowie Gehenny. Nagroda należała się też za dziesięć płatów skóry z tatuażem, bo wszyscy Szeolici nosili swój emblemat wykłuty na prawej łopatce.

Daimon westchnął. Krwawo wypadnie ta współpraca, pomyślał. Wystarczy, że ktoś rzuci jedną iskrę, a wybuchnie pożar.

Żeby odpędzić złe przeczucia, poszedł do biblioteki, wybrał książkę i próbował czytać, ale litery rozmazywały się w nieczytelne zygzaki. Objął rękami głowę, odchylił się na oparcie fotela, przymknął oczy. Przepływały przez niego fale zmęczenia, ale nie senności.

— Plesitea! — krzyknął na służącą. — Przynieś mi mocnego wina albo coś podobnego do picia!

W głębi domu usłyszał prędkie kroki.

— Tak, panie!

Nie jestem w stanie spać, mogę się przynajmniej zalać, pomyślał gorzko. Z pomocą Jasności chociaż się ogłuszę.

***

Ram Izad podniósł wzrok w górę, na kryte trzciną belki dachowe obszernej wiaty. Postukał palcem w blat stołu z surowych desek. Siedział na ławie w jednej z tych tanich jadłodajni na wolnym powietrzu, których było pełno w Limbo. Ze swego miejsca mógł widzieć ustawiony pośrodku pomieszczenia piec i palenisko. Kucharze zagniatali ciasto na podpłomyki, patroszyli ryby lub mieszali parujące w żeliwnych kociołkach potrawy z mięsa i warzyw.

Chociaż gotowano tu nieźle, Ram Izad nie zamówił nic prócz dzbanka korzennego, limbańskiego piwa. Gdy dowiedział się o miejscu spotkania, był odrobinę zdziwiony. Przywykł umawiać się z klientami w uczęszczanych punktach, ale w jadłodajni obok targu warzywnego?

Targ warzywny, pomyślał. Dziwne, Zażywne mieszkanki Limbo, macające brukiew i rzepę. Stosy cebuli i zielone wąsy porów. Kramarze, zachwalający towar albo zawzięcie targujący się o grosze.

— To zaliczka — usłyszał głos klienta. — Niewielka, żeby nie opłaciło ci się z nią uciec. Resztę otrzymasz po wykonaniu zadania.

Usłyszał miły brzęk monet, poczuł w dłoni chłodne, ciężkie krążki. Były złote, misternie zdobione, bardzo stare i cenne.

Ram Izad wolno podniósł oczy.

Nie znał klienta, lecz zgodnie z rozsądkiem i etyką zawodu wolał, żeby tak było. Młodzieniec wydawał mu się nieco zniewieściały. Miał piękną, jakby przyprószoną złotem twarz z wysokimi kośćmi policzkowymi i nieskazitelnymi ustami, ale w jego brązowych tęczówkach mieszkało takie zimno, że anioł, wykonujący płatne usługi, poczuł ciarki na plecach.

— Wszystko zrozumiałeś?

— Tak, panie.

— Tu są buteleczki. Masz.

Klient sięgnął do rozcięcia modnej, kosztownej szaty.

— Jedną, najwyżej dwie krople dla każdego, pamiętasz?

— Tak, panie. — Anioł skinął głową.

— Nie zawiedziesz?

— Nie, panie.

Za nic nie chciałby sprawić zawodu tym bursztynowym ślepiom drapieżcy.

— Dobrze. Zawiadomię cię, kiedy przyjść po zapłatę.

— Dziękuję, panie.

Młodzieniec wstał ruchem pełnym wdzięku, a następnie, nie odwracając głowy, przepłynął przez knajpę niby żaglowiec floty Królestwa przez mętną wodę handlowego portu.

Ram Izad, westchnąwszy, pociągnął długi łyk piwa. Jeśli przed spotkaniem zastanawiał się nad zjedzeniem czegoś, to teraz ze szczętem stracił apetyt.

***

Las był gęsty. Wysokie drzewa, oplatane lianami, stukały koronami w sufit nieba. Pośród gałęzi buszowały ptaki, czasem przemknęło jakieś zwierzątko. Pachniało wilgotną ziemią i świeżym, roślinnym sokiem. Nisko między pniami leżał wieczny cień, bo promienie słońca gubiły się wśród potężnych konarów. Poszycie z opadłych liści i płożących zarośli zasnuwały niezliczone suche gałązki, ale żadna z nich nie zatrzeszczała pod podeszwami ciężkich, żołnierskich butów.

Drago z lubością wdychał zapach lasu. Cudownie było znowu czuć ciężar i metaliczny chłód broni, widzieć przed sobą plecy ostrożnie stąpającego towarzysza.

Przeszli kilkanaście kolejnych metrów, gdy drogę oddziału przeciął wypływający spomiędzy kamieni strumień. Na znak Taftiego zatrzymali się.

— Tu zaczyna się dominium Teratela — mruknął dowódca. — Od tej chwili jesteście w akcji, chłopcy. Musicie mieć oczy dookoła dupy, pilnować swojej roboty, osłaniać kumpli i żadnych bohaterskich wyczynów, jasne? Współpracujemy z sukinsynami, nie rozwalamy im łbów. Pokażcie, na co stać żołnierza Królestwa, co to znaczy honor Szeolity. Żadnych pyskówek, zaczepek, bójek. Następnym razem upuścimy skurwielom krwi. Nie teraz. To rozkaz. Dotarło?

W milczeniu skinęli głowami.

— Gamerin, Mirael, na szpicę! Przekraczamy strumień.

Wleźli w wodę. Sięgała do kostek i była piekielnie zimna. Drago ściągnął z szyi duży medalion, uniósł go przed siebie w wyciągniętej dłoni. Mirael zrobił to samo. Wyszli na brzeg, posuwali się wolno, krok za krokiem. Reszta oddziału podążała za nimi.

— Czysto — rzucił półgębkiem Mirael.

— Czysto — potwierdził Drago.

Czuł znajomy dreszcz emocji, mięśnie, gotowe zareagować natychmiast, wzrok, wyczulony na najmniejszy ruch. Serce biło mocno, radośnie. Akcja, znów w akcji!

Szli ostrożnie, z medalionami na wyciągnięcie ramienia. Mirael przestąpił zwalony pień.

— Czysto — syknął.

— Czekaj! — Drago ostrzegawczo uniósł rękę. — Tu coś jest. Wolniutko zrobił pół niepewnego kroku. W tym momencie ze środka medalionu wytrysnął snop błękitnego światła.

— Szlag! — gwizdnął ktoś przez zęby za plecami Gamerina. — Blokada! Ależ, cholera, zakamuflowana.

— Dobra robota, Drago — powiedział Tafti. — Remuel, zajmij się tym!

Niski, skośnooki anioł o niebieskich włosach, obyczajem Głębian związanych na karku w węzeł, wysunął się do przodu. Wyciągnął z przepastnej kieszeni pęk niewielkich plakietek, pokrytych misternymi, maleńkimi znaczkami. Długo wybierał, aż wreszcie odczepił sześć, a pozostałe schował. Trzymając wybrane kolejno w palcach, ostrożnie wodził nimi w powietrzu.

— Niestandardowa blokada magiczna, cholera by ją trzasła — zasępił się. — Robiona na zamówienie. W dodatku kurewsko dobra. Spróbujemy kombinacji.

Wziął w palce kilka płytek równocześnie, jeździł nimi w górę i w dół, mamrocząc niezrozumiałe wyrazy.

W pewnej chwili plakietki strzeliły fioletowymi iskrami, a Remuel, sycząc, upuścił je na ziemię.

— Gówno — mruknął. — Postaram się sam wykreślić klucz.

Usiadł między zielonymi pędami jeżyn i znów wypatroszył kieszenie. Znalazł rysik o zaostrzonym, lśniącym czerwonawo końcu oraz kilka tabliczek z miękkiego metalu. Zmrużył wąskie oczy i zaczął pisać.

— Jak ci idzie? — spytał Mirael, kiedy Remuel wyrzucił piątą tabliczkę.

— Zamknij się! — warknął anioł. — Usiłuję się skupić.

Nerwowo ogryzał koniec rysika. Nagle szybkimi ruchami wykreślił skomplikowany wzór. Uniósł tabliczkę w górę. Wydobyła się z niej smużka błękitnawego dymu, a potem plakietka zalśniła słabo.

— Działaj, sukinsynu! — warknął przez zaciśnięte zęby Remuel.

Linie wzoru zrobiły się na moment niebieskie, lecz zaraz zgasły. Remuel zaklął.

— Jak to wygląda? — pochylił się nad nim Tafti.

— Kiepsko. Klucz jest dobry, ale blokada za silna. Nie chce puścić.

— A wyżej? Komandos podniósł głowę.

— Może da radę. Spróbuję.

Podskoczył, zamachał skrzydłami i wzbił się pionowo w powietrze. Po chwili był już tak wysoko, iż stał się maleńkim punkcikiem na niebie, prawie niewidocznym, tym bardziej że korony drzew zasłaniały widok.

Kiedy po długim czasie wylądował, zziajany i spływający potem, Tafti spojrzał na niego pytająco.

— Jest przejście — wydyszał anioł. — Bardzo trudne, bardzo wysoko, ale jest.

Zasępiona twarz dowódcy wygładziła się.

— Świetnie, Remuel! Narysuj klucze dla reszty chłopaków.

Drago uniósł wzrok ku niebu, przygryzając wargę. Nie dam rady, pomyślał. Za jasną cholerę nie dam!

Tafti podszedł do niego, położył rękę na ramieniu.

— Zostaniesz tutaj, Gamerin.

Anioł z trudem przełknął ślinę, patrzył na ziemię między czubkami butów.

— Masz tylko jedno skrzydło. Nie polecisz, stary. Zrozum.

Drago nie potrafił podnieść głowy i spojrzeć na dowódcę. Nie chciał też widzieć zafrasowanych, współczujących min przyjaciół. Cała radość wyparowała jak woda z kałuży, pozostawiając osad dławiącej goryczy. Jestem kaleką, wrakiem na złom, pomyślał. Czego się, u diabła, spodziewałem?

— Ciężko mi podjąć taką decyzję, ale co mam zrobić? — Tafti zniżył głos. — Zaszyj się w krzakach, nie daj się złapać i czekaj. Wrócimy po ciebie. Słyszysz?

— Tak jest — wyksztusił Drago. Czuł się tak stary i niepotrzebny jak nigdy w życiu.

— Remuel, rozdałeś klucze?

— Aha. To znaczy, tak jest.

— Daj jeden Gamerinowi.

Remuel, unikając wzroku przyjaciela, wcisnął tabliczkę między sztywne, niechętne palce.

— Zatrzymaj to, Drago. Może zdołamy rozmiękczyć barierę od wewnątrz. Wtedy dołączysz.

Gamerin obojętnie wsunął przedmiot do kieszeni. Nie zdobył się nawet na to, żeby skinąć głową.

— Sprawdźcie, co z łącznością- rozkazał Tafti.

Komandosi sięgnęli po małe kryształy z wizerunkami smoczego oka w środku. Ślepia drgnęły, zakręciły się niemrawo i zamarły.

— Dupa — mruknął Remuel. — Zakłócenia ochronne.

— Nie ruszą?

Anioł wzruszył ramionami.

— Za cholerę. Mogę je uczynnić na siłę, ale wtedy natychmiast nas namierzą.

— Trudno. Obejdziemy się bez łączności — zadecydował Tafti. — Przygotować się do forsowania bariery.

Komandosi ścisnęli klucze w rękach, ustawili się w tyralierę.

— Trzymaj się, bracie — rzucił Gamerinowi Mirael.

Drago nie odpowiedział. Wzrok miał wbity w poszycie pod stopami, żeby nie widzieć przyjaciół ruszających na akcję.

***

Łopot anielskich skrzydeł ucichł już dawno, las szumiał spokojnie, zajęty własnymi sprawami. Ptaki wciąż buszowały w koronach drzew, a małe zwierzątka cicho przemykały pomiędzy korzeniami. Drago leżał ukryty w krzakach. Zobojętniał na wszystko, ale zmysły, wyuczone mechanicznie, reagowały na najdrobniejsze bodźce. Rejestrował owady lądujące na liściach jeżyn, słyszał szelest ocierających się o siebie źdźbeł trawy. Usłyszał też trzask gałązek łamanych podeszwami, znacznie wcześniej, niż zauważył ruch pośród zarośli. Odruchowo wyciągnął z kabury długi, płaski pistolet, grawerowany w ochronne zaklęcia i symbole. Bezszelestnie sprawdził, czy magazynek jest pełen. W metalowych trzewiach broni spokojnie spało dziewięć nabojów, odlanych z legendarnego srebra alchemików, każdy opatrzony magicznym znakiem, zwanym „życzeniem śmierci”. Drago zamarł bez ruchu. Tuż obok niego przechodziła grupa aniołów. Wiedział, że to skrzydlaci, a nie Głębianie, bo jego słuch łowił charakterystyczny dźwięk zaczepiających się lotek. Zbliżali się ostrożnie, wyraźnie próbując zachować ciszę. Byli za dobrzy na amatorów i za słabi na komandosów. Najemnicy Teratela? — zapytał sam siebie. Wstrzymał oddech, ponieważ właśnie go mijali. Z miejsca, gdzie leżał, mógł widzieć buty przechodzących. W większości znoszone i różne, zauważył. To nie straż Teratela, bo noszą niedopasowane ubrania. Dla zamanifestowania pozycji dostojnik chóru Panowań kazał zaprojektować dla swoich najemników jednolite mundury.

Grupa przeszła dalej. Naliczył dwadzieścia trzy osoby. Mieli broń.

Drago poczuł, jak ogarnia go potężna fala niepokoju. Ścisnął mocno kolbę. Skrzydlaci zniknęli między drzewami, ale po chwili odgłos ich kroków umilkł. Zatrzymali się. Słuch Gamerina wyłowił spośród szumu liści szmer ich głosów. Komandos zaczął się czołgać. Ostre kolce i gałązki drapały mu twarz, mięśnie zaczęły drgać z wysiłku, lecz najmniejszy odgłos nie towarzyszył jego wędrówce. Wreszcie dotarł tak blisko, że mógł widzieć i słyszeć skrzydlatych. Opadł na ziemię i przyczajony słuchał.

Wysoki, smagły anioł z blizną na skroni wydawał rozkazy.

— Podzielić się na grupy.

Rozsunęli się posłusznie, formując drużyny po jedenastu. Dowodzący trzymał w rękach dwie buteleczki: czarną i zieloną.

— Tylko dwie krople, pamiętajcie.

Podał fiolki najbliżej stojącym skrzydlatym. Wyciągnęli korki, wylali odrobinę płynu na dłonie i przetarli czoła. Drago zachłysnął się oddechem. Aniołowie w mgnieniu oka przeistoczyli się, jeden w Syna Gehenny, drugi w Kruka Śmierci. Oddali buteleczki następnym, którzy kolejno zmieniali postać.

Lodowaty pot spłynął po karku i plecach Gamerina. Nie miał szans, nawet z zaskoczenia, zabić dwudziestu trzech zbrojnych. Zresztą ci, nawet jeśli nie byli z oddziałów specjalnych, z całą pewnością nie należeli do nowicjuszy i doskonale wiedzieli, jak się tą bronią posługiwać.

Gdyby zaczął teraz strzelać, popełniłby samobójstwo, a to w żaden sposób nie pomogłoby Szeolitom. Ostrzegawczy brzęczyk w głowie Drago wył w niebogłosy, a komandos mógł tylko bezsilnie zaciskać pięści.

Wreszcie buteleczki powróciły do rąk smagłego szefa, który przeistoczył się w rosłego oficera Kruków.

Muszę znaleźć jakiś sposób, żeby zawiadomić oddział, myślał gorączkowo Drago. Ale żadna z kłębiących się myśli nie podsuwała wykonalnego sposobu.

Dowódca przemienionych najemników taksował wzrokiem swoich nowych podwładnych.

— Przysuńcie się bliżej — nakazał.

Posłusznie zbili się w ciasną grupę.

— Moc! — zawołał, unosząc w górę mały, bury przedmiot, którego Drago nie był w stanie rozpoznać. W tym momencie wszyscy znikli.

— Szlag! — jęknął Gamerin. Z rozpaczą grzmotnął pięścią w poszycie. Przenieśli się za pomocą skrawka latającego dywanu, cennego magicznego przedmiotu, dostępnego wyłącznie dla najwyższej klasy magów. Mogą się teraz znaleźć wszędzie, gdzie zechcą.

Porwał się na nogi. Schwycił kryształ z okiem smoka i spróbował go uruchomić. Urządzenie, drgnąwszy słabo, natychmiast zamarło. Gamerina ogarnęła rozpacz.

Namacał w kieszeni klucz Remuela i pędem pognał w stronę bariery. Uderzył w nią całym ciężarem z takim efektem, jakby grzmotnął w kamienną ścianę. Spróbował jeszcze raz. Potem kolejny. I następny. Oszalały z wściekłości i rozpaczy tłukł zapamiętale o barierę, która pozostawała nienaruszona. W końcu osunął się po niej zlany potem, ze zmęczenia nie mogąc złapać tchu. Poobijane ręce powoli zaczynały puchnąć.

Drago zadarł głowę, zmierzył nienawistnym spojrzeniem błękitną kopułę nad sobą. Wstał, nabrał głęboko powietrza i spróbował wzbić się w górę. Wykonał jakiś dziwaczny podskok, lądując ciężko na kolanach. Pozbierał się, wyciągnął dłonie i począł wodzić palcami po niewidzialnej powierzchni bariery. Uginała się leciutko, pozwalając zagłębić w sobie palec na niecały centymetr. Potem stawała się twarda jak stal. Drago westchnął. Machając rozpaczliwie jednym skrzydłem, spróbował podjąć wspinaczkę po gładkiej, magicznej ścianie. Było jeszcze trudniej, niż się obawiał. Już po paru metrach poczuł rwący ból w dłoniach, serce waliło mu jak szalone, pot zalewał oczy. W pewnej chwili nie znalazł oparcia dla nóg, palce też zaczęły się ślizgać i Gamerin runął w dół. Trzasnął o ziemię z taką siłą, aż zadzwoniło mu w uszach. Przez chwilę siedział oszołomiony, wreszcie wstał, zacisnął zęby i ponownie zaczął się wspinać.

Las szumiał, zajęty swoimi sprawami, nie zwracając uwagi na drobną, szczupłą postać, niezmordowanie pokonującą niewidzialną ścianę.

***

— Ssss — szepnął Tafti.

Zamarli.

— Jak tam z przodu?

— Czysto.

— Słyszeliście coś?

Przecząco potrząsnęli głowami.

— Idziemy — rozkazał Tafti.

Czuł niejasny niepokój, jakieś przeczucie katastrofy, którego nie umiał zwalczyć. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, lecz wciąż miał wrażenie, że coś przeoczył. Za stary jestem na akcje, czy co? — zastanawiał się. Rzucił jeszcze jedno posępne spojrzenie w głąb lasu i ruszył. Przysunął się do niego Erel.

— Gdzie mamy spotkać sukinsynów Kruków?

— Gdzieś tutaj.

— Nie widać ich. Może stchórzyli?

— Tym lepiej — mruknął Tafti. — A ty zamknij dziób. Mówiłem, nie robić zbędnego hałasu.

Erel zamilkł.

***

Drago, półprzytomny ze zmęczenia, opadł ciężko po drugiej stronie bariery. Bolał go każdy najdrobniejszy mięsień. Spod paskudnie połamanych paznokci sączyła się krew.

Komandos dźwignął się na czworaki, potrząsnął głową, żeby rozproszyć tańczące, czerwone plamy. Wstał z trudem, popatrzył z nienawiścią na las i kulejąc, powlókł się szukać śladów oddziału.

***

Mirael oberwał pierwszy, bo szedł na szpicy. Zdążył usłyszeć wizg pocisku i zapaść w ciemność. Zwalił się pod nogi kolegów.

— Co to, kurwa, jest! — wrzasnął Erel, a jego okrzyk przeszedł w jęk, gdy kula rozdarła mu udo.

— Na ziemię! Kryć się! — krzyknął Tafti. Między pniami drzew mignął czarny mundur.

— To Kruki! — ryknął ktoś głosem wibrującym furią. — Pieprzeni zdrajcy!

— Zabić skurwieli! — podniósł się wrzask.

— Strzelać! — rozkazał Tafti, ale broń Szeolitów plunęła ogniem, jeszcze zanim zdążył wydać komendę.

Kule śmigały, drąc liście, huk zagłuszał rozpaczliwy świergot przerażonych ptaków, które zerwały się do lotu, podobne do garści rozsypanych po niebie okruchów. Strzelanina ucichła, gdy komandosi zorientowali się, że nikt nie odpowiada na ich ogień.

— Uciekają! — wrzasnął triumfalnie Remuel.

— Za nimi, chłopcy! — Taftiego ogarnęło niebywałe podniecenie. Przestał myśleć. Chciał walczyć. Chciał krwi znienawidzonych Harab Serafel i znów, po latach, mógł jej upuścić. — Dorwać drani!

Komandosi biegli przez las.

***

Wysoki, szpetny Kruk zatrzymał się. Jego przenikliwe spojrzenie badało zielony gąszcz zarośli.

— Nikogo nie ma — mruknął.

Oficer Harab, wielki Głębianin z kwadratową szczęką, wzruszył ramionami.

— Nie będziemy czekać. Naprzód.

— Tak, panie.

Milczący oddział poruszał się równo jak za pociągnięciem drutu. Ubrani na czarno żołnierze przypominali kolumnę maszerujących mrówek.

Odzyskamy tę ich cudowną księgę, a potem ciśniemy ją Baalowi pod nogi, pomyślał oficer z pogardą. A przy okazji splądrujemy posiadłość tej pierzastej glisty. I może nawet kilka sąsiednich.

Szpetny zwiadowca uniósł głowę.

— Słyszę... — zaczął, ale nie skończył, bo upadł na suche liście poszycia z twarzą rozharataną pociskiem. W tej samej chwili dwaj żołnierze uklękli na ścieżce. Jeden z rękami przyciśniętymi do brzucha przewrócił się na bok. Materiał munduru momentalnie nasiąkł świeżą krwią, czerwone krople kapały na ścieżkę.

— Szeolici! — wycharczał oficer na widok migających wśród liści sylwetek wrogów.

— Śmierć Synom Gehenny! — ryknęli Harab Serapel, a ich krzyk utonął w gwizdach pocisków.

— Uciekają, banda tchórzy! Za nimi! Zaniesiemy Baalowi łby martwych Szeolitów!

— Szeol trupy! — zawyli Kruki.

***

Komandosi Królestwa dobiegli do niewielkiej polany. Zdążyli tylko zwolnić przed wypadnięciem na otwartą przestrzeń, gdy po drugiej stronie pojawiły się sylwetki Harab Serapel. Nie kilka, tak jak przedtem. Całe mnóstwo.

Strzelanina wybuchła w tej samej chwili. Kryjący się za pniami drzew, w gorączkowo wyszukiwanych wykrotach i jamach Głębianie i skrzydlaci nie dbali już, czy przeżyją. Pragnęli tylko zabrać ze sobą w ciemność jak najwięcej wrogów. To nie była bitwa, lecz bezładna kotłowanina. Pociski wyły, ale ranni i umierający padali na ziemię bez jęku. Ci, którzy zachowali resztki sił i świadomości, strzelali, aż ogarnął ich mrok. Żywi, którym zabrakło amunicji, roztrzaskiwali sobie czaszki, używając broni jako maczug, rzucali się na siebie z nożami albo, ogarnięci szaleństwem, z gołymi rękami.

Tafti zamachnął się i grzmotnął w twarz krępego Kruka krótkim, poręcznym karabinkiem typu cherub. Usłyszał trzask miażdżonych kości, a ciało wroga przeleciało w powietrzu, łamiąc dwa cienkie drzewka. Spróbował załadować nowy magazynek, lecz nie zdążył. Kolejny wyrosły jak spod ziemi Kruk dźgnął go w brzuch bagnetem. Tafti ryknął i z całej siły wbił lufę karabinu Głębianinowi w bok, nisko, pod żebra. Potęga ciosu wgniotła tępy przedmiot głęboko w ciało. Harab zawył, osunął się na kolana. Tafti przez chwilę widział jego odsłonięte w grymasie cierpienia krótkie kły i oczy w kolorze wiosennego nieba. Potem wszystko zaczęła przesłaniać czerwona mgła, a ziemia nagle przekręciła się o dziewięćdziesiąt stopni i uderzyła dowódcę Synów Gehenny w twarz.

Remuel wyszarpnął nóż z trzewi Głębianina. Drugi rzucił się na niego, zanim anioł zdążył się obrócić. Remuel wywinął się błyskawicznie, bagnet Kruka dźgnął tylko mundur pod pachą komandosa i ledwo zadrasnął skórę. Szeolita chwycił uzbrojoną rękę wroga i szarpnął potężnie do tyłu, wyrywając mu ramię ze stawu. Głębianin wydał z siebie coś w rodzaju stłumionego kaszlnięcia czy jęku, twardo próbując podciąć aniołowi nogi. Remuel uskoczył, z zamachu wyprowadził kopniecie. Harab, ciśnięty jak piłka, nabił się plecami na świeżo rozdarty pniak. Charknął krótko i znieruchomiał.

Oficer Kruków uderzył o siebie głowami dwóch Szeolitów. Obaj byli ranni. Jeden miał strzaskaną nogę i okrwawione skrzydło, drugi właściwie dogorywał, postrzelony w pierś. Kruk cisnął ich obu na ziemię. Nawet się nie skrzywił, kiedy ranny w nogę komandos wbił mu bagnet głęboko w łydkę i zawisł na nim. Głębianin kopnął anioła w podbródek, z zadowoleniem przyjmując chrobot pękającego karku. Wizg skrzydeł był ostatnią rzeczą, którą usłyszał. Erel spadł mu na plecy i jeszcze zanim oficer Kruków zdążył upaść, sprawnym ruchem poderżnął mu gardło. Obaj runęli na ziemię. Anioł podniósł się, krzywiąc, bo trup, padając, przygniótł mu rozdarte pociskiem udo. Rana, pomimo prowizorycznego opatrunku uciskowego, krwawiła potężnie, więc Erel, pewny, że to jego ostatnia bitwa, poderwał się w górę, żeby dopaść jeszcze kilku wrogów, zanim straci siły. W powietrzu kotłowali się, walcząc zażarcie, ci, którzy nie mogli chodzić z powodu ran, lecz wciąż mieli dość zaciekłości i energii, żeby zabijać. Co chwila ktoś spadał z furkotem połamanych lotek lub trzepotem poszarpanych skórzastych skrzydeł. Wczepieni w siebie przeciwnicy tworzyli dziwaczne kłęby ciał, piór i porwanych strzępów mundurów, najeżone metalem, broczące deszczem krwawych kropel jak szalone chmury gradowe. Ich cienie przesuwały się po ziemi, zaglądając w obojętne, szkliste oczy trupów. Niedobitki Szeolitów i Synów Mroku zaciekle zadawały sobie śmierć. Bitwa trwała. Woda, płynąca korytem pobliskiego strumienia, zaczęła nieść w sobie czerwone smugi krwi.

***

Drago wiedział już, że nie zdąży. W lesie panowała cisza, jakaś głucha i wibrująca. Komandos słyszał ptaki, szelest liści, czuł podmuchy wiatru, lecz przez to wszystko przebijała martwota, która przyprawiała go o dreszcz lęku. Powoli, z początku ledwo wyczuwalnie, z zapachem ziemi i butwiejących liści zaczęła się mieszać inna woń. Drago dobrze ją znał. Zapach krwi. Wtedy zrozumiał, że jest za późno. Zwolnił kroku. Nie łudził się już, mimo to szedł dalej. Zauważył pierwsze ślady starcia, połamane gałązki, pnie pokaleczone kulami, poszycie zryte podeszwami butów. I krew. Czerwone, krzepnące plamy na liściach, mchu, źdźbłach trawy. Gamerin zadrżał. Chłód wkradał się wolno do jego serca. Rdzawych plam było coraz więcej. Deptał po nich. Wsiąkały w ziemię, tworząc różowawe kałuże, niemile chlupoczące przy każdym kroku. Zmieniały podmokły brzeg strumyka w krwawe bagno. Drago wyszedł na niewielką polankę. Zamarł przy granicy ostatnich drzew, a potem krok za krokiem zaczął ją okrążać. Twarz miał ściągniętą, lecz spokojną, szarą jak płótno. Całą przesiekę zaściełały trupy. Skrzydlaci i Głębianie, odziani w czarne i oliwkowe mundury, teraz zbrązowiałe do skrzepłej krwi, leżeli zgodnie obok siebie, często czule objęci, szczerząc do siebie zęby w upiornym, śmiertelnym grymasie. Martwe źrenice wpatrywały się w przestrzeń jakby z wyczekiwaniem. Kilku — ponabijanych na ułamane pnie drzewek — zesztywniało w osobliwych pozach, niczym aktorzy jakiegoś koszmarnego spektaklu. Jeden martwy Kruk klęczał z czołem opartym o omszały głaz, zgięty w parodii modlitewnego pokłonu, sinymi ustami dotykając kamienia, jak gdyby szeptał skargi czy sekrety. Drago trącił go butem. Trup wolno przewrócił się na bok. Zamiast twarzy miał maskę z zakrzepłej krwi i błota. Obok pnia dorodnego grabu leżał Tafti, oplatany własnymi wnętrznościami. Wyglądał groteskowo, jakby przysnął podczas wykonywania egzotycznego tańca z wężami. Drago podszedł do niego, przewrócił na wznak i delikatnie zamknął mu powieki. Nieopodal leżał Remuel. Gamerin zdołał go poznać po niebieskich włosach, zlepionych w jeden kłąb z liśćmi, igliwiem i zakrzepłą krwią, bo twarz przyjaciela zmieniła się w miazgę mięsa i kości. Erel spoczywał tam, gdzie runął, pośrodku polany, na stercie ciał Kruków, dziwnie patetyczny po śmierci, z rozpostartymi skrzydłami i rozrzuconymi włosami, które podczas bitwy wysunęły się z węzła.

Drago przesunął ręką po twarzy, jakby próbował zetrzeć z oczu obraz pobojowiska. Wiatr szeleścił liśćmi, strumyk szemrał cicho. Nagle komandos drgnął, bo jego uszy zarejestrowały szmer, który nie należał do odgłosów lasu. Dochodził zza kępy zarośli porastających skraj niskiej skarpy. Drago wstał, ostrożnie zbliżył się do krzaków. W dole, w płytkim parowie, leżał Głębianin w mundurze Kruków. Żył. Na widok skrzydlatego obnażył krótkie, ostre kły, wydając niski warkot. Klatkę piersiową przygniatał mu ogromny konar, odłamany od pobliskiego dębu, a z lewego uda, tuż nad kolanem, sterczał wbity na sztorc bagnet.

Drago sprawnie zsunął się do parowu. Głębianin szarpnął się. Żółte oczy patrzyły na Syna Gehenny z nienawiścią. Gamerin zauważył, że kurtka munduru Kruka jest rozdarta i odsłania pokaźną ranę na prawym boku. Pochylił się nad nim.

— Możesz mówić? — spytał.

Głębianin zmierzył komandosa wzrokiem pełnym pogardy i spróbował plunąć mu w twarz, ale tylko opluł sobie brodę. Szarpnął się jeszcze raz, lecz wyraźnie nie mógł się ruszyć, unieruchomiony konarem. Gdyby nie był ranny, zepchnąłby go bez trudu, jednak teraz zabrakło mu sił.

— Taak — mruknął Drago, pocierając podbródek. — Rozmowny to ty nie jesteś.

Przyklęknął przy nogach Głębianina, rozchylił rozdartą nogawkę. Po twarzy żołnierza przebiegł krótki skurcz. Bagnet wszedł głęboko i prawdopodobnie bardzo uszkodził kolano, choć nie przeciął tętnicy, bo inaczej Kruk już by nie żył. Materiał spodni był lepki od krwi. Drago chwycił za rękojeść noża, szarpnął silnie. Harab Serapel zacisnął z całej mocy zęby, nie pozwalając sobie na jęk, chociaż dużo go to kosztowało. Na czoło wystąpiły mu grube krople potu, skóra poszarzała. Z rany popłynęła krew. Drago odrzucił bagnet, wyjął z kieszeni pakiet opatrunkowy, rozerwał go zębami.

Lepiej mnie dobij! — wychrypiał Kruk. Żółte oczy wciąż płonęły nienawiścią. — Ja bym cię dobił.

— Nie wątpię burknął Drago, zaciskając opaskę na kolanie rannego.

— Dlaczego to robisz?

— Przyjmij, że wypełniam rozkaz. Mieliśmy współpracować.

Kruk zadygotał.

— Napadliście na nas, pieprzeni zdrajcy! — wrzasnął wściekle.

— Gówno prawda — syknął Drago. — Wrobili nas wszystkich. Dwie grupy najemników, przebranych magicznie, sprowokowały starcie.

— Kłamiesz — powiedział niepewnie Kruk.

— Widziałem ich na własne oczy! Jak myślisz, po co cię opatruję? Żebyś powiedział prawdę swoim zasranym przełożonym.

Źrenice Głębianina zwęziły się.

— Gadasz, że ich widziałeś — podchwycił zaczepnie. — Czemu nie byłeś z oddziałem? Czemu nie zawiadomiłeś swoich?

Usta Drago drgnęły.

— Nie zdążyłem. Brakuje mi skrzydła, więc zostawili mnie za barierą, bo nie mogłem przefrunąć górą.

— To jakim cudem tu jesteś? — syknął ranny.

— Wlazłem po niej! — wrzasnął zirytowany Gamerin. — Powiedziałem ci prawdę, zrobisz z tym, co zechcesz.

Głębianin przymknął powieki. Starał się nie okazywać, że cierpi, ale na jego twarzy malował się grymas bólu.

— Wierzę ci — szepnął.

— Dawaj, odwalimy tę gałąź — powiedział Drago. — Dasz radę mi pomóc?

Kruk z trudem skinął głową. Gamerin podciągnął konar w górę. Był ciężki jak kamienna belka. Szarpnął z całych sił w bok i gałąź upadła na ziemię.

— Jesteś przytomny? — spytał.

Posiniałe wargi ledwo się poruszyły.

— Tak.

— Pewnie masz połamane kości.

— Nie wiem. Pewnie tak.

— Dałbym ci środki przeciwbólowe, ale są poświęcone. Tylko by ci zaszkodziły. Będziesz musiał wytrzymać bez nich.

Głębianin skrzywił się z pogardą.

— Nie martw się — szepnął.

— Ani mi to w głowie.

Drago podciągnął kurtkę czarnego munduru, żeby odsłonić ranę na boku Kruka, ale ten nagle dźwignął się na łokciach.

— Sam to zrobię! — warknął.

Anioł wzruszył ramionami. Twarz Głębianina poszarzała, ściągając się w upiorną maskę, kiedy niezdarnie przycisnął opatrunek do boku. Gamerin obawiał się, że Kruk zemdleje.

— I sam się zabandażujesz? — spytał drwiąco.

Ranny przymknął powieki.

— Chyba nie — wymamrotał.

— Też tak myślę — mruknął Drago, odwijając bandaż. Żółte oczy Kruka pociemniały z bólu.

— Jak się nazywasz? — zapytał anioł.

— Litiel.

— Marnie z tobą, ale wyjdziesz z tego. Głębianin zdobył się na grymas, udający uśmiech.

— Tyle to sam wiem.

— No, to cholernie cwany jesteś, Kruku.

— Dlaczego to zrobili, jak ci tam... Synu Gehenny?

— Nazywam się Gamerin. Drago Gamerin. A czemu ktoś zapragnął, żebyśmy się wyrżnęli? — Wzruszył ramionami. — Bo ja wiem. Żeby nie dopuścić do wykonania zadania, żeby znów poróżnić Królestwo i Otchłań. Sam powinieneś wiedzieć, skoro jesteś taki cwany, Kruku.

Litiel oblizał suche wargi.

— Wiem jedno. Trzeba stąd spieprzać, zanim dorwą nas psy tego Teratela. Pewnie już ruszyli.

— Racja — zgodził się Drago. — Dasz radę iść?

— Jasne — syknął ranny.

Komandos Królestwa spojrzał na niego z powątpiewaniem. Kruk zacisnął zęby i zaczął wstawać. Lewą ręką uchwycił się pnia, podciągnął w górę. Prawy bark, który przygniotła gałąź, wyraźnie był uszkodzony, bo ramię zwisało bezwładnie. Litiel dźwignął się na nogi. Zranione kolano ugięło się pod nim, więc zawisł, uczepiony pnia. Skóra Głębianina nabrała odcienia popiołu, po skroniach płynęły strużki potu. Zagryzł wargę.

Niedowierzanie w oczach Drago zmieniło się w podziw.

— Oprzyj się na mnie — powiedział.

— Nie trzeba — wychrypiał Głębianin, ale gdy spróbował zrobić krok, kolano całkowicie odmówiło posłuszeństwa. Upadłby, gdyby anioł go nie podtrzymał. Wsparł się na nim ciężko, dysząc z wysiłku. Ważył tyle, co wór ołowiu.

— Chodźmy, skrzydlaty — wymamrotał.

Powlekli się w stronę bariery, szerokim łukiem omijając polanę zasłaną trupami przyjaciół. Szli z trudem, ale sprawniej, niż Drago przypuszczał. Kruk okazał się twardy jak stal, chociaż coraz mocniej opierał się na ramieniu anioła, a oddech zmienił mu się w wysilone rzężenie. Przynajmniej kulejemy na tę samą nogę, ironicznie skonstatował komandos.

Wreszcie dotarli do niewidzialnej ściany.

— Dobra — powiedział Drago. — Spróbuj przefrunąć, a ja przeleżę. Żegnaj, Litiel. Opowiedz w Głębi, jak było naprawdę.

— Masz swój klucz, Synu Gehenny? — spytał Kruk.

Drago kiwnął głową.

— To go wyjmij.

Zanim zdążył zrozumieć, o co chodzi, oderwał się od ziemi w żelaznym uchwycie palców Litiela.

— Hej! — wrzasnął Gamerin. — Co ty wyrabiasz?!

— Trzymaj się mnie, cholerny skrzydlaty! — wychrypiał Głębianin. Jego wielkie, czarne skrzydła z wysiłkiem biły powietrze. Znaleźli się już tak wysoko, że anioł, chcąc nie chcąc, musiał z całej mocy uczepić się Kruka, gdyż upadek oznaczał śmierć. Pęd powietrza gwizdał w uszach, wokół rozlewał się blady błękit, a korony drzew, widziane z góry, wyglądały jak falujący zielony dywan. Jednak w blokadę wbili się za nisko, bo Litiel w gwałtownym tempie tracił siły. Ostatnim wysiłkiem walnął w ścianę. Ustąpiła niechętnie, rażąc ich boleśnie zygzakami błękitnych wyładowań. Przed oczami Głębianina wirowały czarne smugi, serce waliło o żebra jak komornik w drzwi, a ból niemal odbierał przytomność. Właściwie spadli, a nie wylądowali, waląc się na mokrą ściółkę po drugiej stronie bariery.

— Odbiło ci? — wydyszał Drago. Ręce mu zdrętwiały od kurczowego zaciskania palców. Litiel nie był w stanie się odezwać. Leżał na wznak, z trudem łapiąc oddech.

Drago usiadł, krzyżując nogi. Wyciągnął z kieszeni tytoń i bibułki, zaczął robić skręta.

— Szlag by cię trafił, Głębianinie — mruknął z podziwem. — Zapalisz? Z mirry i kadzidła.

— Aha — szepnął z wysiłkiem Litiel.

Gamerin wetknął skręta między pobladłe wargi.

— Zostaw mnie — wychrypiał Kruk. — Zaraz tu będą...

— Jasne, straszliwi najemnicy Teratela. Mam ich w dupie, bracie. Podoba mi się tu siedzieć i palić, więc siedzę. Zabronisz mi?

Harab Serapel nie odpowiedział. Zamknął powieki i zaciągnął się dymem. Zakaszlał, co wyraźnie sprawiło mu dotkliwy ból, bo znieruchomiał z papierosem w zębach, pozwalając mu dopalić się do końca.

Drago słuchał lasu. Wiatr szumiał przyjemnie między gałęziami drzew. Anioł zrobił kolejnego skręta, wypalił go, oparty wygodnie plecami o pień. Czekał. Wreszcie Kruk doszedł do siebie. Podniósł się na łokciach, potem ukląkł z lewą nogą dziwacznie wyprostowaną. Spróbował się dźwignąć. Stanął z wysiłkiem, ale w miarę pewnie.

Drago przyglądał mu się, mrużąc oczy.

— Dasz radę iść?

Litiel skinął głową.

— Masz. — Gamerin podał mu gruby kij, elegancko oczyszczony z gałązek.

— Dzięki — mruknął Głębianin. — Żegnaj, Synu Gehenny.

Zawahał się i dodał:

— Drago Gamerinie.

— Żegnaj, Litielu, wrogu Królestwa — powiedział Drago, ale uśmiechnął się.

Na dnie żółtych ślepiów coś dziwnie zalśniło, lecz Kruk już się nie odezwał. Znikł między liśćmi, ciężko wsparty na kiju, powłócząc ranną nogą.

Drago wracał do Królestwa spiesznie, ale ostrożnie. Był przygnębiony. Pamięć wciąż podsuwała mu obraz martwych twarzy przyjaciół, a jakiś paskudny głos wewnątrz oskarżał, że nie znalazł sposobu, żeby ich ocalić. Las rzedniał i komandos spodziewał się niedługo znaleźć na trakcie publicznym. Chciał jak najprędzej zawiadomić Alimona o zdradzie i klęsce misji. Mało czego pragnął bardziej, niż dostać w swoje ręce dowódcę najemników razem z tym, kto go wynajął. Alimon ich odnajdzie, pomyślał. Ma wpływy. W tej samej chwili zrobił kolejny krok i wpadł w bezdenną otchłań czerni.

Ocknął się z potwornym bólem głowy. W ustach czuł obrzydliwy posmak. Czarna magia, zrozumiał. Leżał na leśnej ściółce, twarzą do ziemi. W polu widzenia miał kilka par nóg, obutych w ciężkie, znoszone trepy. Są twoi najemnicy, powiedział sobie gorzko. Ktoś szturchnął go czubkiem buta w bok.

— Obudził się.

Parę kopniaków zmusiło go do przewrócenia się na plecy. Zobaczył pochylającego się nad sobą smagłego anioła z blizną na skroni.

— Ilu z was przeżyło, skrzydlaty?

Drago wykrzywił usta.

— Gówno cię to obchodzi, skrzydlaty. Smagły kopnął go w żebra.

— Zła odpowiedź, żołnierzu. Spróbujmy jeszcze raz. Dużo was zostało?

— Wystarczy, żeby wypruć ci flaki i porozwieszać na okolicznych choinkach.

— On wie. Widziałeś go w kuli, kiedy gadał z tym Krukiem — wyrwał się nerwowo krótko ostrzyżony blondyn.

— Zamknij się - warknął smagły. — Dużo z was wie?

Drago przełknął ślinę.

— Sprawdź sobie w kuli, zdrajco.

But najemnika trzasnął go w podbródek. Komandos poczuł w ustach krew. Wypluł ją razem z kawałkiem ułamanego zęba. W głowie mu szumiało, bo cios był silny, a skutki czarnej magii jeszcze nie minęły.

— Będziesz gadał?

— Będę — powiedział wolno. W oczach smagłego anioła błysnęło niedowierzanie. — Ale na pewno nie z tobą, zdrajco.

Kopniaki posypały się na niego mocne i celne. Komandos zwinął się z bólu, bezskutecznie próbując osłaniać głowę i podbrzusze. Magiczne sidła osłabiły go tak, że nie mógł marzyć o obronie. W ustach miał pełno krwi, każdy kolejny cios odzywał się potężnym wstrząsem w obolałym ciele. Drago słyszał w uszach jednostajny szum, przed oczami fruwały strzępy cienia. Powoli tracił kontakt z rzeczywistością. Czuł tylko tępe uderzenia butów. Trafiały celnie tam, gdzie mogły zadać poważne obrażenia. Strzępy ciemności pod powiekami Gamerina krążyły na kształt przerażonego stada wron. Doskonale zdawał sobie sprawę, że napastnicy nie mają zamiaru po prostu porachować mu kości. Jeśli to dłużej potrwa, zabiją mnie, pomyślał. Gdyby mógł wybierać, wolałby umrzeć inaczej, niż zostać skopanym na śmierć pośród gnijących liści.

— Zostaw go, Ram. Nic ci nie powie. Szeol to twardziele — usłyszał jak przez warstwę waty.

— Ocipiałeś, Tarael? — ryknął smagły, zaprzestając morderczych kopniaków. — Zwracasz się do mnie po imieniu?

Tarael wzruszył ramionami.

— I tak go zabijemy. Co z tego, że wie, jak się nazywasz. Lepiej nie zostawiać śladów. Zabierzmy go z powrotem na polanę i zastrzelmy.

— A jeśli psy Teratela już tam są?

— Sprawdź w kuli. Za pomocą dywanu przeniesiemy się i wrócimy w okamgnieniu.

— Więc dlaczego nie załatwić go tutaj i nie przerzucić na polanę?

Tarael westchnął.

— Bo dywan nie przenosi trupów, Ram. Przedmioty tak, martwych nie.

— A to, kurwa, czemu?

— Abo ja wiem! Nie jestem magiem. Tak się dzieje i już.

— Za bardzo się mądrzysz, Tarael — smagły obrzucił podwładnego ponurym spojrzeniem, ale wyciągnął zza pazuchy kryształową kulę.

— Czysto — burknął. — Pójdziecie ty i Sarel. Krótko ostrzyżony anioł drgnął.

— Dlaczego ja?

— Bo masz pecha, Sarel. Zabierajcie go.

— Wstawaj — warknął Tarael do Drago.

Gamerin nawet nie drgnął. Najemnik przyklęknął, dźgnął go lufą karabinu.

— Jeśli natychmiast nie pozbierasz dupy i nie wstaniesz, zastrzelę cię na miejscu. Dotarło?

Komandos słyszał już ostrzeżenia, wypowiadane podobnym tonem, więc zrozumiał, że jeśli chce żyć, musi się podporządkować. A chciał. Odepchnął się rękami od ziemi, próbując dźwignąć się na czworaki. Łokcie ugięły się niespodziewanie w połowie manewru, pod czaszką zawyła czerwona syrena, a Drago ciężko runął na bok. Oddychał z trudem. Jednak nie mógł dać sobie czasu na odpoczynek. Gmerając się w błocie jak rozdeptany robak, zdołał w końcu uklęknąć. Ugiął kolano, wsparł na nim dłonie i ponownie spróbował wstać. Podniósł się z wysiłkiem. Czuł się strasznie słaby, targały nim mdłości, a w głowie ktoś chyba otworzył warsztat stolarski. Ucieszył się o tyle, o ile to możliwe w sytuacji, w jakiej się znalazł, że będzie musiał się zmierzyć tylko z dwoma przeciwnikami. Świat wirował mu przed oczami, więc nie zdołał zauważyć, kiedy Tarael podniósł w górę skrawek dywanu.

— Moc! — zawołał.

Podeszwy Drago zapadły się w krwawym błocie. Trupy bez emocji przyjęły pojawienie się trójki skrzydlatych, zajęte wyczekiwaniem na spotkanie z absolutem. Na gałce otwartego oka jednego z Kruków przysiadła spora ważka, co nie zmieniło jego pełnego stoicyzmu wyrazu. Gamerin poczuł dreszcz przebiegający po krzyżu. Już w chwili lądowania powinien rzucić się na wrogów, ale nie był w stanie. Myśli plątały się, w ramiona i nogi wstąpił nieznośny ciężar, mięśnie reagowały z opóźnieniem. Zabiją mnie, uświadomił sobie, lecz nawet to przekonanie nie potrafiło zmobilizować go do reakcji.

— Idź przed siebie, skrzydlaty — usłyszał. — Tylko wolno.

Drago wzdrygnął się. Oberwę kulę w plecy, pomyślał. To już lepiej się odwrócić. Tarael szturchnął go lufą „Cheruba”. Pewnie zabrał go któremuś trupowi, przeszło mu przez myśl. Błąd. Powinni go zastrzelić z broni Harab Serapel. Zresztą, czy ktoś to zauważy pośród tej rzezi?

— Przebieraj kulasami, żołnierzu!

Drago ruszył. Zrobił drugi, potem trzeci krok, czując napinające się mięśnie pleców i karku. Usłyszał świst. Cichy. Krótki. Nóż. Czekał na uderzenie, ból, który nie nastąpił. Zamiast tego do jego uszu dobiegł dźwięk padających ciał, przedśmiertne charknięcie.

Odwrócił się. Tarael i Sarel leżeli na ziemi, palce pierwszego anioła jeszcze lekko drgały. Nad nimi stał Litiel.

— Zdążyłem — powiedział, szczerząc zęby w uśmiechu. — Zwracam dług. Ciążył mi. Teraz jesteśmy kwita.

— Dzięki — wymamrotał słabo Drago. — Skąd wiedziałeś?

Głębianin podrapał się zdrową ręką w policzek.

— Mamy kule. Właściwie to tajne, nie powinienem ci mówić, ale dupa z tym, skrzydlaty. To słabe kule, da się je zorientować tylko na ostatnią osobę, z którą się rozmawiało, więc są raczej bezużyteczne. Chciałem wiedzieć, jak ci poszło.

— I chwała ci za to — westchnął komandos.

— Zobaczyłem, jak wpadłeś w sidła. Wokół kręciły się te sukinsyny. Domyśliłem się, że zabiorą cię na polanę i przyleciałem. Trochę ryzykowałem, skrzydlaty.

W uśmiechu błysnęły krótkie kły. Litiel, opierając się na kiju, mocno kulejąc podszedł do zabitych.

— Mieli dywan — zdziwił się.

— I od cholery magicznych zabawek. Ten, kto ich wynajął, musi być wysokiej klasy magiem. Weź dywan, Litiel. Tobie się bardziej przyda. Ja sobie poradzę. Walnęli mnie czarną magią, ale już mi przechodzi.

Głębianin zawahał się. Z pewnością bardzo źle się czuł, bo w końcu kiwnął głową.

— Dobra, ale podrzucę cię najbliżej, jak dam radę.

— Wyrzuć mnie na trakcie do Królestwa. Jakimś mało uczęszczanym.

— Moc! — powiedział Litiel.

Znaleźli się na spokojnej drodze pośród pól. Po obu stronach szumiały łany zboża. Spomiędzy kłosów wyglądały wesołe, niebieskie mordki chabrów.

— Trafisz stąd? — spytał Kruk.

— Jasne. Dziękuję, Litiel. I nie zrozum mnie źle, ale mam nadzieję, że nigdy więcej cię nie spotkam.

— Tak — powiedział Głębianin. — Ja też mam tę nadzieję. Żegnaj, żołnierzu.

— Żegnaj, Kruku.

— Moc — rzekł Harab i rozpłynął się w powietrzu.

Drago nabrał głęboko oddechu. Głowa wciąż go bolała, ale skutki zatrucia czarną magią mijały z wolna. Zastanowił się, czy byłby w stanie zabić Litiela, gdyby przyszło im zmierzyć się w bitwie, i doszedł do wniosku, że tak. W końcu jest komandosem Królestwa. Teraz pozostawało mu tylko jak najprędzej odnaleźć Alimona.

2010-07-19 18:44 Читать похожую статью
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • © Помощь студентам
    Образовательные документы для студентов.